Tag Archives: indie

Czas na prowincję

Fot. Wiktor Wołkow
Fot. Wiktor Wołkow

Coś widzę, że muszę jednak gdzieś szybko wyjechać za miasto na prawdziwą prowincję Polski “B”, a może nawet “C”. Tam, gdzie życie toczy się nie w jakieś galerii albo Biedronce, ale w zwykłym spożywczym i gdzie w maju babinki siadają przy kapliczkach rozmawiając popołudniami z Matką Boską.
Jakieś eskapistyczne tematy za mną chodzą, oglądam kino drogi, a w międzyczasie słucham dźwięków bluegrass’u i americany wiejących gdzieś na równinach midwest’u. Trochę strun, czasem smyczki, prosty głos i dużo szczerości wystarcza.
No, to w drogę…

Trampled by Turtles – Midnight on the Interstate
Continue reading

Zimowo

BizonySzykowałem się od jakiegoś czasu, żeby wrzucić coś chłodnego i mroźnego, kiedy już pani Zima pozbędzie się swojej nieśmiałości i zamieni mętne kałuże w lśniące ślizgawki, a potem przykryje śniegiem szarość asfaltu miast i ugorów prowincji.  Widzę niestety, że na razie zupelnie nie potrafi wziąć spraw w swoje ręce. Nie będę zatem czekał na jej stanowczość i potraktuję nasze warszawskie -3 Celsjusza jako agresywne uderzenie fali zimna, które zaskoczyło nie tylko mnie i drogowców, ale też kawki i gołębie, które zaczynają szukać schronienia przed zimnem między rowerem a kubłem na bieliznę na moim balkonie.

W ciemne i chłodne wieczory polecam zatem zapoznać się z tym mroźnymi utworami, co by docenić magię wynalazków centralnego ogrzewania i grzańca.

BTW. To nie jest wpis dla oczekujących na sylwestrowe pląsy. On pojawi się nazajutrz.

Kate Bush – Snowflake
Continue reading

Ku chwale serotoniny – poradnik praktyczny cz.2

fot. flickr.com
fot. flickr.com

(Redakcja uprzedza: post będzie się ładował pewnie pół godziny, bo skrypt dużo kawałków musi przerobić. Za utrudnienia przepraszamy.)

Zgodnie z obietnicą dziś druga część antidotum na negatywne nastroje (cz.1). Tym razem będzie żywiej i energiczniej, bo, jak rozumiem, praca domowa została odrobiona i skołatane nerwy ukoiliście wczorajszymi dźwiękowymi medykamentami.
Moje dzisiejsze myki na poprawę humoru wyglądają tak: Continue reading

Gdzieś na równinach midwestu

post-top-midwest-farm
(Przypominam, że trwa KONKURS)

Tak to już jest z tymi modami w muzyce gitarowej, że raz popularne są bombastyczne barokowe aranżacje, a potem, jak już się to ludziom przesyci, wraca czas prostszych, minimalistycznych kawałków. I tak się to kołacze od intensywności pokroju Led Zeppelin czy Arcade Fire do prostoty Dylana, Oldhama i Ivera. Oba nurty trwają sobie równocześnie, ale ich popularność i obecność w powszechnej świadomości faluje ciągle niczym sinusoida pokazywana mi kiedyś na lekcji polskiego przez polonistę, obrazowo przedstawiającego,  jak to okresy literackie naprzemiennie zmieniają się według określonego schematu.

Wczoraj jadąc samochodem w Trójce usłyszałem jakiś fajny, mocny, soczyście zaaranżowany kawałek Muse i w kontrze do tego moja nieodgadniona sieć neuronów kazała przypomnieć sobie proste bezpretensjonalne gitarowe piosenki, gdzie siła i piękno leży w szczerości, prostocie i umiarze.

Nie ma co ukrywać, że Amerykanom pisanie takiej muzyki wychodzi najlepiej. To pewnie nieskończone przestrzenie mid-westu, Texasu i Arizony pieczołowicie zabierane Indianom, niesiony w genach etos kowboja, poszukiwacza złota, farmera i cały amerykański pejzaż  prowincji i natury, o którym tak ciekawie pisał kiedyś Baudrillard, pozwala im z taką łatwością tworzyć tęskne, proste i piękne piosenki. Takie klasyczne – na głos, gitarę i czasem skrzypce albo fortepian do akompaniamentu. Grzebią sobie w starym folku, bluegrassie i wychodzą im z tego czasem naprawdę piękne rzeczy. Zazdroszczę im tego.

Blessed Feathers – American Sands

Bon Iver – Holocene
Continue reading

Techniczne podsumowanie roku 2014

Na wstępie chciałem ogłosić istotny KOMUNIKAT:

Jako że wszystko podlega zmianom, metamorfozy dotykają także Nirgunę. Ostatnio zmieniłem język, a od dziś na stronie będą się pojawiać utwory z gatunków, które wcześniej tu nie gościły, dlatego nie zdziwcie się jeśli zobaczycie wpisy z Milesem Davisem albo Erikiem Satie. Ogólny profil pozostaje bez zmian, ale nie chcę pozbawiać Was możliwości obcowania z pięknymi dźwiękami tylko dlatego, że nie pasują do wymyślonej wcześniej szufladki.


Co roku narzekam, że ogólny poziom muzyki jest kiepski, a że w 2014 nic się w tej kwestii nie zmieniło to oszczędzę obszernych narzekań i utyskiwań, bo wystarczająco dużo tego wszystkiego mamy dookoła.
Jak dobrze wiecie nie jestem najlepszy w trzymaniu ręki na muzycznym pulsie, więc moje zestawienie jest kompletnie niereprezentatywne dla całego rynku, z pewnością pomija jakieś oczywiste oczywistości, ale jest moje, więc posiada unikalny znak jakości, który znaczy nawet więcej niż adnotacja “Poleca Radio Zet”.

W telegraficznym skrócie – w elektronice i krajach ościennych nic przesadnie ciekawego się nie wydarzyło, indie leży, a hip-hopu za mało słuchałem, żeby się wypowiadać. Żadne płyty tektoniczne nie zostały ruszone, nie odnotowano także większegoo tsunami. Na szczęście zawsze znajdzie się coś godnego uwagi i jest kilka ciekawych zeszłorocznych kawałków, które warto znać. Poniżej znajdziecie zatem moje zestawienie, które jest dość techniczne jeśli chodzi o stylistykę. Na swój sposób, jako najlepsze wrzucam kawałki w klimacie, który odsądziłem od czci i wiary w tym wpisie – ale to są te wyjątki potwierdzające regułę ;-) Nie ma tu pewnie znanych Wam hitów (z jednym wyjątkiem), jest natomiast zestaw elektronicznych brzmień dedykowanych wyjątkowo wysublimowanym koneserom. A przecież jesteście koneserami goszcząc na tej stronie, czyż nie?
(kolejność utworów przypadkowa)

Jack J – Something (On My Mind)
Ten kawałek brzmi tak, jakby Jack J nasłuchał się elektronicznego evergreena “Deep Burnt” Pepe Bradocka i powiedział sobie w myślach “Hmm. Zrobię coś podobnego, co też stanie się klasyczne”. No i być może mu się udało.

Daniël Jacques – End Of My World
Nie bardzo wiem jak to uzasadnić. Po prostu nakręca to ponadprzeciętnie tym wokalem i rytmem.

Caribou – Can’t Do Without You
Co by nie mówić o Caribou, to jednak ciągle trzyma poziom, a w tych czasach jednorazowych wystrzałów i singli to nie jest częsta rzecz. Na każdej płycie ma coś fajnego, a na zeszłorocznej to jest najlepsze.

Traumprinz – All The Things
Prawdziwie germańskie brzmienie. Zawsze się znajdzie jakiś Niemiec, który da mocny beat na 4/4, doda kilka sampli i wyjdzie mu z tego coś zajebistego. Tym razem był to Traumprinz.

Continue reading

Do It Sideways!

Fot. www.gmotors.co.uk
Fot. www.gmotors.co.uk

Podobno w każdym z nas jest trochę dziecka. Podobno znacznie więcej dziecka jest w mężczyznach niż w kobietach i coś w tym powiedzeniu chyba jest. Dziś w Warszawie można zaobserwować tę prawdę w sposób bardzo jaskrawy.

Jakieś 2 godziny temu spadło u nas całkiem sporo śniegu, ulice są białe i pewnie będą jeszcze dłuższą chwilę, zanim wszystko się roztopi albo (co znacznie mniej prawdopodobne) odśnieżą miasto nasi kochani drogowcy. Ulice w śniegu to ulice śliskie, a ten fakt w głowie wielu mężczyzn powoduje zapalenie się małej czerwonej lampki z ikonką przypominającą o istnieniu hamulca ręcznego. W uprzywilejowanej pozycji są właściciele aut tylnonapędowych i 4×4, którzy bez większych problemów mogą wchodzić w zakręty, albo na ronda obserwując drogę przez boczną szybę. Reszta szarpie za ręczny i robi to samo wyzwalając w sobie nie mniejsze ilości serotoniny niż amatorzy czekolady, o której mowa była wczoraj.

Co tu dużo gadać, należę właśnie do powyższej grupy i w takie dni mój wysłużony Passat kombi zmienia się w Passata WRC i wściekle atakuje ustronne winkle niczym M3 na utwardzonym zawiasie. Taka aura powoduje, że dorośli faceci mający opisaną przypadłość, niczym wiedzione instynktem lemingi biegnące na skraj przepaści, gromadzą się na placach parkingowych pod marketami i jak dzieci prują bokiem swoimi furami. Zrobiłem to przed chwilą i ja. Obok siebie ślizgały się młode łebki w starej beemce E30, jakiś starszy gość w C-klasie, 2 trzydziestolatków w Fabii kombi i dwóch 40-50 latków w Jeepach Grand Cherokee z bulgoczącymi V8’kami HEMI. Wśród nich również ja kilkukrotnie osiągnąłem drugą prędkość kosmiczną zmuszając mojego Passata do wielokrotnej zmiany geometrii.
Jeżdżą tacy w kółko, cieszą się jak dzieci i nie chcą przestać do momentu, kiedy zabawy nie przerwie ochrona albo policja. Jest to oczywiście bez sensu z ich strony, bo to chyba dobrze, że ludzie ćwiczą sobie kontrolowane poślizgi w bezpiecznym miejscu, co może uratuje komuś życie albo zdrowie w niebezpiecznej sytuacji. Ale ordnung muss sein i jeździć w Polsce bokiem, nawet poza drogami publicznymi, nie wolno.

Poślizga się tak człowiek chwilę i od razu lepiej się czuje. Przyznam, że do tej części dziecka w sobie mogę się już bez wstydu przyznać. A potem wrócić do domu, usiąść na kanapie i posłuchać tej genialnej piosenki Kate Bush:

Kate Bush – 50 Words For Snow

Daughter “Youth”


My good old friend Kacper sent me this song to check it and I must say that appreciate this suggestion very much. Great tune. You should also try whole “If You Leave” LP which was released this March by 4AD. It sounds somewhere between Florence and The XX  and it added a lot of scrobbles on my Last.fm counter last month.