Category Archives: Recenzje

Zawiść zazdrosnych aniołów

Fot. Ninja Tune
Fot. Ninja Tune

Jakieś dwa miesiące temu  trafiłem na kawałek, który znajdziecie poniżej. Piękny wokal, spokojna i klasyczna aranżacja rodem z lat ’70. Klasa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to utwór z nowego albumu Annabel (lee), projektu wydanego przez Ninja Tune. Trochę mnie to zbiło z tropu, bo spodziewałem się, że to nagranie jakiejś nieznanej czarnej diwy, która wychowywała się jeszcze w pieluchach słuchając Bilie Holiday. Annabell jednak oprócz czarnych dam słuchała z pewnością też w życiu wielu innych gatunków, co można usłyszeć na reszcie płyty, która w wielu miejscach nie jest wcale łatwa i kryje w sobie nieco niepokoju, ale też wiele tajemnic wartych odkrycia. Continue reading

Sekcja literacka – “Vinyl: The Analogue Record in the Digital Age”

VinylBył chyba rok 2004 kiedy, jak prawie co dzień, siedziałem w barze mlecznym “Temida” na ulicy Grodzkiej w Krakowie i jadłem obiad. Bywałem tam często, bo zaraz obok w Collegium Broscianum  studiowałem rzeczy różne w przerwach od studenckiego żywota. Jeśli chodzi o “Temidę” to szczególnie polecam tam szarlotkę, jadłem ją ostatnio we wrześniu i nadal smakowała tak samo dobrze, a na dodatek za szynkwasem stoi wciąż ten sam ponury pan oraz miła pani.

Ale do rzeczy. Otóż siedziałem tam, a obok mnie jakiś gostek opowiadał swojej koleżance, jak to był na Erasmusie w UK i że właśnie dostał się na studia doktoranckie na Yale. Wszystko słyszałem, bo mówił dość głośno, więc od razu pomyślałem, że albo jest z wielodzietnej rodziny, albo często głośno słucha muzyki. Skończyłem obiad, wyszedłem i tyle go widziałem. Tego samego dnia umówiony byłem na pogadankę z moją kumpelą K., która pomieszkiwała w tedy w bardzo fajnym studio na ostatnim piętrze kamienicy na Krowoderskiej. Było tam dobre 5 wysokich pięter bez windy i każdy, kto wchodził do tego mieszkania mówił lekko zdyszany “Czeeeść” i prosił o wodę. Pogadałem z K. dłuższą chwilę, po czym oznajmiła mi, że jakiś sąsiad z dołu zaprosił ją na małą posiadówkę, więc wdzialiśmy obuw i zeszliśmy na dół.  Otworzył nam Janek, który później okazał się krewnym Atrakcyjnego Kazimierza. Swoją drogą, to rzecz zajebista być krewnym Atrakcyjnego Kazimierza. Wchodząc do środka, od razu wiedziałem, że to będzie miłe spotkanie. Wszedłem i usłyszałem znane mi głębokie połamane rytmy połączone z przestrzenią większą niż piersi Iwony Węgrowskiej i miękkimi brzmieniami. W głębi zobaczyłem kolesia z “Temidy” sączącego piwo. Przysłuchując się muzyce, spytałem:
Good Looking Records?
– Aha – odpowiedział mi błysk oka i pełne uznania przytaknięcie.  Od razu pomyślałem sobie:

Bo musicie wiedzieć, że w tamtych czasach o tym, czym jest Good Looking Records, czyli najlepsza drum’n bassowa wytwórnia płytowa ever, wiedziało naprawdę niewiele osób. Teraz wie nawet mniej. Muzykę tworzoną przez LTJ Bukema i jego wesołą, kurewsko zdolną ferajnę odkryłem koło 1996 roku, dzięki pożyczonej kasecie Maxell, gdzie nagrany był legendarny album “Logical Progression”, który wywrócił mi muzyczny świat do góry nogami. Od tamtej pory każdy kto kojarzy, kim jest Bukem i Good Looking staje się częścią wewnętrznego kręgu wtajemniczonych. Coś jak Fight Club, tylko nie trzeba bić się po gębach.

Tym wtajemniczonym okazał się być Dominik Bartmański, mój przyjaciel, socjolog i podróżnik. Właściwie to jest powód, dla którego Dominika nie powinienem lubić – otóż wydaje mi się, że jest on oblatany w muzyce elektronicznej lepiej ode mnie, a ja bardzo trudno znoszę tę cechę u innych. Dominik potrafi nawet to, co mi się nigdy nie udaje, czyli być “na bieżąco” z nowościami. Ja jestem zazwyczaj na bieżąco 3-4 lata wstecz, a on podsyła mi linki do kawałków, które zostały wydane jakieś 3 miesiące temu. Horror. Jednak w myśl zasady, że “jak nie możesz z kimś wygrać, to musisz się z nim sprzymierzyć” przyjaźnimy się nadal, choć bardziej korespondencyjnie, bo to światowy człowiek jest.

Oprócz tego, że Dominik lubi same dźwięki, to namiętnie kolekcjonuje winyle. Ma ich górę, ciągle kupuje nowe i jeździ po świecie szperając po półkach w poszukiwaniu białych kruków i czarnych pereł. Raz przewiózł nawet całą swoją kolekcję samolotem przez Atlantyk, a wiecie przecież, że lekkie to to czarne nie jest. Wynika z tego, że należy on do rzadkiej grupy osób, które w składzie krwi posiadają drobne ilości winylu, będącego źródłem niestandardowych zachowań. Do dziś naukowcy nie mogą ustalić faktu, skąd te drobiny biorą się u części populacji. Dominik wkręcił się winyle nawet bardziej (To taka błyskotliwa gra językowa – winyle kręcą się w gramofonie, a on się wkręcił w winyle. Niezłe, co?), bo razem z niejakim Ianem Woodwardem napisali książkę pt. “Vinyl: The Analogue Record in the Digital Age” o kulturowym fenomenie czarnego krążka, która właśnie została wydana nakładem brytyjskiego wydawnictwa Bloomsbury.
Każdy, kto interesuje się tematem powinien tę pozycję mieć i nie piszę tego ze względów towarzyskich. Nie otrzymałem również gratyfikacji za ten wpis od ww. wydawnictwa. Po prostu nie ma chyba na rynku tak interesującego spojrzenia na to zagadnienie napisane nie tylko przez dobrych naukowców, ale i ludzi z pasją patrzących na obiekt swoich badań. Kawał solidnej wiedzy dla tych, którzy lubią dźwięk szurania igłą po rowkach.

Tytuł: Vinyl: The Analogue Record in the Digital Age
Autorzy: Dominik Bartmański, Ian Woodward
Wydawnictwo: Bloomsbury
Język: angielski

PS dla mugoli. Good Looking Records brzmi tak:
LTJ Bukem “Horizons”

Zaorane układanki – recenzja “HV/Noon”

HV_Noon

No i na koniec roku Hatti Vatti do spółki z Noon’em nieźle zamieszali, na naszym podwórku. Większość redakcji miała już poukładane topy najlepszych płyt tego roku, a Panowie na początku grudnia wydali album, który zaorał wszystkie misternie przygotowane układanki.

“HV/Noon” to projekt dryfujący gdzieś między hip-hopem a elektroniką. Z tego co widzę, ludzie oceniają go jako stricte hip-hopowy, ale według mnie sposób w jaki funkcjonuje tu muzyka – co najmniej równorzędny w stosunku do tekstów – bliżej prawdy byłoby mówienie tu o trip-hopie, chociaż nikt już tej nazwy nie używa.

Właśnie, muzyka. Noon zawsze był dla mnie jednym z najlepszych polskich producentów komponujących muzykę w polskim hip-hopie. Na tyle dobrym, że (całe szczęście) wyrósł z tej roli i zafunkcjonował jako niezależny muzyk wydający solowe płyty, co pozwoliło mu w pełni pokazać jak utalentowanym jest gościem. Trochę narzuca mi się tu analogia z Clams Casino, który wydając ?Instrumentals?, płytę zawierającą pozbawione rapu podkłady, nagle zaczął być (zasłużenie) postrzegany jako jeden z najciekawszych twórców sceny elektroniczo-hip-hopowej. Hatti Vatti to z kolei jedna z bardziej interesujących postaci naszej elektroniki z bardzo ciekawym, specyficznym, miękkim i przestrzennym klimatem utworów. Połączenie tych dwóch wrażliwości dało naprawdę ciekawy efekty szczególnie, że zebrało się tu jeszcze kilka innych osób. Na albumie przeplatają się kawałki instrumentalne i te z wokalami, klimat jest dość ciemny, przydymiony, nieśpieszny, zawieszony gdzieś w przestrzeni. To trochę tak jakby HV i Noon przez kilka miesięcy przed nagraniem płyty słuchali głównie Murcofa, Steva Namlooka, oglądali czarno-białe zdjęcia z ostatnich 20 lat swojego życia, a potem weszli do studia i z pomocą Eldo, Hadesa, Jotuze, O.S.T.R., Małpy i Misi Furtak nagrali to co nagrali.

Co od razu słychać po przesłuchaniu tej płyty, to to, że nagrali ją ludzie dojrzali. Dojrzali muzycznie i dojrzali tekstowo. Tu nie ma młodzieńczej zajawki, planów zdobywania świata, infantylności i wielu innych charakterystycznych dla wielu hip-hopowych płyt młodych wilków cech. Słychać ile czasu minęło od nagrania ?Świateł miasta?, gdzie nieco drażniło mnie egzystencjalne zacięcie chłopaków. Teraz nie ma na to miejsca, bo opowiadają starsi faceci (i jedna, oczywiście nie starsza, dama), którzy wiedzą, o czym mówią, mają już inną, znacznie bardziej osobistą perspektywę. W tę męską opowieść niepostrzeżenie wślizguje się na chwilę Misia Furtak, która ślicznie żali się na huczenie i zawartość swojej głowy. Misia w tym miejscu, gdzie jest na tej płycie, pasuje bardzo.

Świetnie się tego słucha. Ta muzyka wciąga, ma wiele płaszczyzn i odsłania powoli różne przestrzenie. Odsłania w sposób bardzo ciekawy i przemyślany. To są rzeczy, które rzadko można powiedzieć o polskim hip-hopie, szczególnie w warstwie muzycznej, ale jak już mówiłem, nie jest to płyta hip-hopowa. A jeżeli jednak uprzeć się – jak chce wielu – że tak, to z pewnością jeden z najlepszych polskich jakie słyszałem.

Ocena: 8,5/10

Hatti Vatti & Noon
“HN/Noon”
Nowe Nagrania
2014

HV/NOON – “HEIMAT” (JOTUZE)

Cały album:

King Krule “6 Feet Beneath the Moon” LP (review)

Source: Last.fm
Source: Last.fm

I planned to write some reviews here from the beginning of this site but I never had enough determination to make it happened. I have some drafts but never decided to publish them. FinalLy, here is a first, brief review of one of the best debuts I’ve heard this year so far.

First time I came across Archy Marshal aka King Krule when I found this great The Streets cover. Than I listened to his EP released in 2011 and from that moment I was sure that if this young guy will continue his musical journey it’s going to be a very interesting one.

And finally we have his first LP “6 Feet Beneath the Moon”.
I expected electronic album full of effects and various musical ideas but this LP is surprisingly frugal considering its formal side. In fact KK appeared here more as a vocalist than a producer. And he is a hell of a vocalist. For me, from this LP, he is one of the biggest young prospects in alternative music. He has very different shades in his vocal performance – from some kind punk aggressiveness through lyrical sensitivity (“Baby Blue”) to even some blues touches. And what is a great value he is very true and credible in his singing, which is not that obvious these days. His texts are his own and you can hear it.

And while I expected more electronic sounds, music is absolutely not disappointment here. There is a lot of guitar transmitted through effects, very good and various beats, plain piano parts and this great reverbs and echoes which we already know from his previous productions. This album also surprises with songs like “A Lizard State” which begins as an indie-rock and goes right to some jazzy realm and straight from that point we are taken to some soft downtempo beats in “Will I Come”.
I have no idea how a production of this LP looked like but what I like about it that it sounds so straightforward. There is no trait of calculation, any kind of pleasing the audience with some fashionable sounds and production news.

I think this album is a bit to long. With over 52 minutes in loses somewhere its dramaturgy and sometimes you can have a deja vu expirience thinking, that You’ve already heard this part earlier. But in fact it’s not that bad because most of the parts here are realy good.
This is a great LP and I’m sure that KK will show us much more in future. He is a very talented guy, and he is very true in what he’s doing. He’s going to make big mess here. Waiting for more.

Rating: 8.5/10

Artist: King Krule
Album: 6 Feet Beneath The Moon
Year of release: 2013
Label: True Panther Sounds
Website: www.kingkrule.co.uk

Here a fantastic first single: