Tag Archives: jazz

Zawiść zazdrosnych aniołów

Fot. Ninja Tune
Fot. Ninja Tune

Jakieś dwa miesiące temu  trafiłem na kawałek, który znajdziecie poniżej. Piękny wokal, spokojna i klasyczna aranżacja rodem z lat ’70. Klasa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to utwór z nowego albumu Annabel (lee), projektu wydanego przez Ninja Tune. Trochę mnie to zbiło z tropu, bo spodziewałem się, że to nagranie jakiejś nieznanej czarnej diwy, która wychowywała się jeszcze w pieluchach słuchając Bilie Holiday. Annabell jednak oprócz czarnych dam słuchała z pewnością też w życiu wielu innych gatunków, co można usłyszeć na reszcie płyty, która w wielu miejscach nie jest wcale łatwa i kryje w sobie nieco niepokoju, ale też wiele tajemnic wartych odkrycia. Continue reading

Forza Wigry Suwałki!

Postępujący wiek wnosi w moje życie różne zmiany – jedne lepsze, drugie gorsze. Jedną z tych pozytywnych jest zdecydowanie wyzbycie się emocjonalnego afektu względem piłki nożnej. Minęło wiele lat odkąd mam centralnie w dupie, czy ta albo tamta drużyna wygra albo przegra. Spowodowały to chyba liczone w dziesiątkach afery korupcyjne w polskiej lidze (ligach), gdzie trudno było o sezon, w którym nie wydrukowanoby jakiegoś szemranego awansu albo spadku. Po prostu straciłem możliwość emocjonowania się czymś, co jest oszukane, a na dodatek posiada czysto kabaretowy wymiar sportowy. Świat dał nam nawet swoistą hipostazę polskiego futbolu w postaci Zdzisława Kręciny, którego physis mówi wszystko i tym samym wyczerpuje ten akapit.
Personifikacja polskiej piłki wygląda tak:

fot. 24.pl

Następnie przestałem emocjonować się piłką w najlepszym wydaniu klubowym. Stało się to w momencie, kiedy w Lidze Mistrzów przestali grać tylko mistrzowie danych krajów. Ja jestem prosty chłop i nie lubię, jak robi się ze mnie idiotę w sposób ostentacyjny. Kiedy w sezonie 1999/2000 do LM dopuszczono zespoły zajmujące w najlepszych ligach drugie, trzecie, a nawet czwarte miejsce ze względu na pryncypia olałem ten interes. Liga mistrzów, to powinna być liga mistrzów. Nie lubię jak ktoś karze mi nazywać ślimaki rybami lądowymi. Jedyne co wciąż lubię czasem obejrzeć to Mistrzostwa Europy, albo  Świata – są na tyle rzadko, że mają jeszcze swój klimat. Continue reading

Przymusowa indywiduacja

Przez tydzień nie miałem swoich kolumn, więc słuchałem przez ten czas ciszy. Niby mógłbym puścić coś z komputera, ale za dużo mam szacunku dla muzyków i inżynierów dźwięku, spędzających długie dni w studiach, żeby potem słuchać efektów ich pracy na jakichś pierdzących popierdółkach z laptopa. A poza tym, cisza też ładnie gra i warto jej regularnie słuchać w naszym hałaśliwym świecie. Kolumn nie miałem, bo nieopatrznie pożyczyłem je do odsłuchu pewnemu gagatkowi, który planował zakup podobnych i chciał sprawdzić, jak zabrzmią z jego zestawem w jego mieszkaniu. W sumie to powinien wiedzieć jak brzmią, bo je wcześniej od niego kupiłem, ale człowieka nie zrozumiesz. I tak sprawdzał cały tydzień te kolumny, że mimowolnie dokonywałem samoistnej introspekcji, niczym eksplorujący kolejne etapy indywiduacji Jung zamknięty w swojej wieżyczce.

Wieżyczka Junga wygląda tak:

Fot. Wiki

Jak na mój gust proces indywiduacji w zeszłym tygodniu był u mnie bezowocny, natomiast głośniki już z powrotem podłączone i grają aż miło. Grają teraz Herbiego Hancocka z albumu Future 2 Future, który brzmi na nich ślicznościowo, czemu trudno się dziwić bo wyprodukował go Bill Laswell, a w składzie byli też m.in. Wayne Shorter, Tony Williams, Carl Craig, czy Chaka Khan.

Poniżej moje dwa ulubione utwory z tej płyty. Miłego weekendu.

Herbie Hancock – Be Still

Herbie Hancock - Alphabeta

Ruiny

Portico Quartet a od niedawna Portico to jedno z moich zeszłorocznych odkryć. Co prawda panowie grają w Londynie od 2005 roku, ale ja zazwyczaj orientuję się o istnieniu ciekawych zespołów wtedy, kiedy już się rozpadną więc nie jest tak źle. Za bardzo rozpisywać się na ich temat nie ma sensu, wystarczy pokazać, że nagrywają kawałki jak poniżej. Nie biorą jeńców i pozostawiają za sobą ruiny.

Portico Quartet “Ruins”

2 metry poniżej mułu – Oda do dzisiejszej aury

(Jak ktoś ma problemy z depresją, to dzisiejszego wpisu nie polecam)

Jest tak szaro i buro, że chyba nie ma co się wygłupiać i udawać, że jest inaczej i puszczać jakieś pozytywne słoneczne kawałki. Wręcz przeciwnie, postanowiłem wziąć okoliczności przyrody na klatę i zilustrować je odpowiednio depresyjnymi i dołującymi utworami muzycznymi.
Znalazłem w moim przepastnym archiwum zakładek 3 następujące kawałki, które sprzyjają konfrontacji z jungowskim cieniem, który niechybnie posiada każdy z nas. Nie są to może dźwięki sprzyjające dobremu nastrojowi i można nie dotrwać słuchając do końca, ale mimo wszystko to całkiem niezła muzyka. W końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Oneohtrix Point Never – Replica

The Mount Fuji Doomjazz Corporation – Space

Andy Stott – Numb