Tag Archives: indie-rock

Miasto moje a w nim…

Moja stolica

Kilka lat temu postanowiłem zarobić fortunę przez zakup wartościowej domeny i jej późniejszą odsprzedaż z wielomilionowym przebiciem. Niestety adres “www.sex.com” był już zajęty i plan spalił na panewce, ale do dziś uważam, że był to bardziej racjonalny pomysł na zbudowanie kapitału emerytalnego niż comiesięczne przesyłanie składek do ZUS. Milionerem może się nie stałem, ale domenę kupiłem. Na tyle atrakcyjną, że mogłem nawet myśleć o jej późniejszej odsprzedaży z jakimś zyskiem, ponieważ drogą kupna nabyłem całkiem zacny adres “www.mojastolica.com”. Chwilę upajałem się perspektywicznym nabytkiem, a domena sobie leżała gdzieś na serwerze, jednak po jakimś czasie zrobiło mi się jej żal – musicie bowiem wiedzieć, że jestem bardzo uczuciowym człowiekiem. Postanowiłem wtedy, że spróbuję coś skrobnąć o mojej Warszawie, z którą jestem coraz bardziej związany.
Skorzystałem zatem z dobrodziejstwa WordPressa i postawiłem prostą witrynę. Zapału starczyło mi na chyba 14 wpisów, a przez ostatnie 2 lata strona leżała odłogiem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wszedłem na nią kilka dni temu i okazało się, że ciągle ktoś tam zagląda mimo, że ja tego nie robię od tak dawna. Postanowiłem pociągnąć ten temat i spróbować jeszcze raz, zatem:

jeśli interesuje Was, co ciekawego widzę w naszej pięknej stolicy, zapraszam Was na www.mojastolica.com.
Założyłem też profil na Fejsbuku i Instagramaie. Pewnie nie będę tam się produkował przesadnie często, ale na pewno częściej niż dotychczas.

Z tej, jakże uroczystej, okazji wrzucam kilka fajnych kawałków z Warszawą w tle – takich nieco mniej znanych niż nieśmiertelny “Sen o Warszawie”, czy “Warszawa” T.Love. Patriotyzm lokalny wykazują szczególnie raperzy więc hip-hopu tu najwięcej, ale jest też coś w innym klimacie.
Czytelnicy Mojejstolicy będą je poznawać stopniowo, a na Nirgunie macie okazję usłyszeć je w jednym miejscu już teraz. Taki ekskluziff specjalnie dla Was.

Płyny – Warszawska plaża
Continue reading

Muzyczny siding

Zostałem zaproszony na zorganizowany z okazji 20-lecia istnienia, koncert zespołu “Collage”. O tej grupie wiedziałem tylko tyle, że istnieje i że gra rocka. Prawdę mówiąc, przed koncertem nawet nie sprawdziłem na Jutubie, czego się spodziewać więc szedłem w nieznane.

Występ artystów, jakkolwiek profesjonalny pod kątem wykonania, utwierdził mnie w przekonaniu, że pewne formy “rocka progresywnego” są dla mnie bardziej niestrawne niż zupa serowa. Wokalista śpiewał, że jest wodą a ona rzeką, potem, że jest wiatrem a ona niebem, albo na odwrót. Nie pamiętam. Z pewnością autor tekstów jest wrażliwym, wielkim romantykiem i bardzo literacko patrzy na świat, ale ta poetyka jest mi bliska równie bardzo, jak śpiewane przy ognisku gitarowe wynurzenia spod znaku “W górach jest wszystko to co kocham”. Problem z graniem tego rodzaju jest taki, że na początku te rozbuchane kreatywne ambicje artystów ranią głęboko człowieka tekstem i kiedy już myśli się, że nic gorszego się nie wydarzy gitarzysta zaczyna solówkę. Te rockowe solówki to jest jakiś muzyczny siding normalnie. Czasami się zastanawiam, czy oni wstydu nie mają tak onanizować się przed tłumem ludzi? Czy widzieliście kiedyś gitarzystkę robiącą takie bezeceństwa na scenie? Ja nie.  Ale z drugiej strony, bywają większe dewiacje więc pozwólmy im robić to, co chcą.  Tym bardziej, że sporo ludzi lubi to oglądać i jeszcze za to płaci. Ale ludzie płacą też za oglądanie amerykańskiego wrestlingu.
Może i krzywdzę tu grupę “Collage”, bo ja po prostu takiego grania nie znoszę, ale, sądząc po dużej frekwencji, mają dużo wielbicieli i niejeden biustonosz z dedykacją na scenie wylądował, więc kilka słów niezrozumienia z mojej strony nie popsuje im humoru.

Na szczęście gitarą też można inaczej.

Radiohead – House of Cards

Czekolada

Wpis ze specjalną dedykacją dla K.

Są na świecie pewne oczywistości. Pierwsza z nich to oczywista oczywistość, ale nie o niej tutaj mowa, bo polityki staram się tu nie poruszać. Są oczywistości takie jak to, że chleb spada zawsze posmarowaną stroną w dół, Beatlesi byli lepsi od Rolling Stonesów, Legia jest lepsza od Lecha, Sean Connery był lepszym Bondem niż Moore i takie tam.  Nie ma z nimi dyskusji i dzięki temu nasze życie pełne niejasności i niewiadomych zyskuje enklawy pewności.

Jest też oczywistość taka, że jak czekolada leży w domu, to ją zjadamy, a nie każemy jej leżeć na półce, kurzyć się i czekać na nie wiadomo co. Szczególnie, jeżeli jest to prezent. Czekolada jest po to, żeby zmieniać nasze życie na lepsze, ale jest to możliwe tylko wtedy, kiedy ją zjemy i pozwolimy na zwiększenie poziomu serotoniny w naszym organizmie i inne alchemiczne przemiany, które czekolada dokonuje w naszych ciałach i umysłach.  Jak jej nie zjemy, to tak jakbyśmy sobie kupili Astona Martina DB9 i postawili w garażu nigdy nie wyjeżdżając nim na drogę. Obciach i bezsens. Zatem niezjedzona czekolada na półce, to taki Aston Martin, którym nikt nie jeździ i rdzewieje z każdym dniem tracąc na wartości. Do takich rzeczy dopuszczać nie wolno. Dajcie szansę czekoladzie zmienić swoje życie.

 Tindersticks – Chocolate

King Krule “6 Feet Beneath the Moon” LP (review)

Source: Last.fm
Source: Last.fm

I planned to write some reviews here from the beginning of this site but I never had enough determination to make it happened. I have some drafts but never decided to publish them. FinalLy, here is a first, brief review of one of the best debuts I’ve heard this year so far.

First time I came across Archy Marshal aka King Krule when I found this great The Streets cover. Than I listened to his EP released in 2011 and from that moment I was sure that if this young guy will continue his musical journey it’s going to be a very interesting one.

And finally we have his first LP “6 Feet Beneath the Moon”.
I expected electronic album full of effects and various musical ideas but this LP is surprisingly frugal considering its formal side. In fact KK appeared here more as a vocalist than a producer. And he is a hell of a vocalist. For me, from this LP, he is one of the biggest young prospects in alternative music. He has very different shades in his vocal performance – from some kind punk aggressiveness through lyrical sensitivity (“Baby Blue”) to even some blues touches. And what is a great value he is very true and credible in his singing, which is not that obvious these days. His texts are his own and you can hear it.

And while I expected more electronic sounds, music is absolutely not disappointment here. There is a lot of guitar transmitted through effects, very good and various beats, plain piano parts and this great reverbs and echoes which we already know from his previous productions. This album also surprises with songs like “A Lizard State” which begins as an indie-rock and goes right to some jazzy realm and straight from that point we are taken to some soft downtempo beats in “Will I Come”.
I have no idea how a production of this LP looked like but what I like about it that it sounds so straightforward. There is no trait of calculation, any kind of pleasing the audience with some fashionable sounds and production news.

I think this album is a bit to long. With over 52 minutes in loses somewhere its dramaturgy and sometimes you can have a deja vu expirience thinking, that You’ve already heard this part earlier. But in fact it’s not that bad because most of the parts here are realy good.
This is a great LP and I’m sure that KK will show us much more in future. He is a very talented guy, and he is very true in what he’s doing. He’s going to make big mess here. Waiting for more.

Rating: 8.5/10

Artist: King Krule
Album: 6 Feet Beneath The Moon
Year of release: 2013
Label: True Panther Sounds
Website: www.kingkrule.co.uk

Here a fantastic first single:

Susanna and The Magical Orchestra “Love Will Tear Us Apart”

There are dozens od Joy Division covers and very few are good or even acceptable. Individuality of Ian Curtis and the rest of the band was so radical, message was so uneasy and their music was so distinct that it was never simple to interprete their songs without faliure. Many artists tried to find the way in arrangments in different musical styles, but almost always they were losing the immanent Joy Division music dimension – some kind of tragical note, the neurotic nerve which was their distinctive discriminant. This “factor” is always in their music and I’m sure all daredevils, who tried to cover their songs have heard it, but as it is with masterpieces they are unique and they don’t want to reveal their mysteries to easy. Like secret o light in Vermer’s paintings there is a mystery of great band sounds, which carries uniqueness of their message and must be at least partly grasped in a good cover.

Susanna and The Magical Orchestra did something extraordinary. The’ve made not very good but – for me – brilliant cover of “Love Will Tear Us Apart”. The song, which I always thought, is “uncoverable”. I won’t write anything about it. Just listen to this entirely different interpretation of this song with it’s delicacy,  simplicity and this elusive “something”, which made original so perfect.

One of the best covers I have ever heard. I’m sure Ian would love it.